IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Angéle De La Lévittoux

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Go??
Gość



PisanieTemat: Angéle De La Lévittoux   Nie Mar 06, 2011 2:04 pm

Imię i nazwisko: Angéle Christélle Antoinette Fleur d'Charpentier De La Lévittoux
Wiek: 15
Miejsce urodzenia: Francja, Paryż
Znaki szczególne: W prawdzie...ona sama jest jednym wielkim znakiem szczególnym, poczynając na niebywałej urodzie i na stylu bycia kończąc.
Krew: Czysta, splamiona błękitem
Powiązania rodzinne:
- Nathalie d'Charpentier De La Lévittoux - Szef Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Bardzo twarda i pewna siebie kobieta. Sprawia wrażenie chłodnej i poważnej i w rzeczywistości też taka jest. Ale dla rodziny jest w stanie zrobić wszystko, zawsze zaradna. Często może doprowadzić człowieka do tego stopnia, ze zacznie się bać i zrobi wszystko i nie musi specjalnie się wysilać. Wystarczy zimny i bezwzględny wzrok i mrożący, spokojny głos. Niezwykle dumna ze swojego pochodzenia i nieskazitelnie czystej krwi, podobnie jak jej mąż i córka i reszta rodziny.
- Christian De La Lévittoux - Były kapitan francuskiej reprezentacji i szukający. Obecnie francuski minister magii. W przeciwieństwie do swojej twardo stąpającej po ziemi żony on jest łagodny jak baranek a jego osoba wzbudza zaufanie. Nie próbuje mieszać się w jej decyzje, może dlatego, że po prostu uważa je za słuszne lub wie, że lepiej się sprzeciwiać bo i tak nic to nie da. Jednak to tylko przy niej, w rzeczywistości jest zupełnie inaczej...

Historia:
Francja. Dzielnica willowa Paryża, jedna z najbardziej okazałych i najbogatszych, w których mieszkali przeważnie arystokraci. Rodzina De La Lévittoux nie odbiegała od tego twierdzenia. Można nawet powiedzieć, że była perłą wśród innych. Nie wszyscy mogli być nazwani mianem "błękitnokrwistego", hańbili dobre imię rodu co oczywiście nie jest wskazane. Oni w pełni na to zasługiwali, od czasów średniowiecza trzymali się starej, rodzinnej tradycji i nigdy jej nie łamali. Na przykład tego, że porody odbywały się we dworze a nie w szpitalu. Tej nocy był jeden z nich...
Pani domu otworzyła szeroko oczy, ale nie krzyczała. Utrzymywała twarde stwierdzenie, że to nie wypada, chociaż ból odczuwała duży, ale nawet nie pisnęła. Zastygła jak posąg.
Minęła północ, gdy narodziła się istota, która swoim słodkim wyglądem aniołka rozczuliła nawet służące. Była piękna niczym pół bogini a jej księżycowa skóra odbijała światło. Była śliczniejsza od jakiekolwiek istoty. Pomimo, że nie miała jeszcze włosów wiadomo było, że będą w kolorze srebrno złocistego. Za to oczy bez wyjątku także były niebiesko zielone, lazurowe wręcz jak toń morza francuskiego.
Była piękna, ale zupełnie nie podobna do rodziców czym byli zdziwieni. Jakby nie była ich dzieckiem, ale to wykluczone. Z czasem zgodnie powstała teza, że dziewczynka jest wilą. Od tego dnia wszystko miało się zmienić.
Minęło sześć lat. Dziewczynka nazywała się Angéle Christélle Antoinette Fleur. Pierwsze imię było adekwatne do wyglądu. Przypominała anielicę, która dopiero co zstąpiła z nieba. Kolejne były imionami babek a ostatnie po francusku oznaczało "kwiat". Była kwiatem rodziców, najpiękniejszym kwiatem w całym bukiecie.
Mała arystokratka stała w holu. Ubrana w jasno niebieską sukienkę witała gości uśmiechając się miło do wszystkich wchodzących. Sprawiała pozytywne wrażenie zarówno swoimi nienagannymi manierami, które jej wpajano, ale także nadzwyczajnym pięknem, którym zaczęła emanować. Coraz mniej było w niej dziecinnej słodyczy a więcej kobiecości. Szybciej stawała się doroślejsza niż jej rówieśnicy dzięki krwi wili. Gromadzili się dalej w sali balowej, gdzie inicjatywę przejmowali jej matka i ojciec. Był bal, kolejny tego roku. I zapewne miał być również wspaniały jak inne. Dopiero od niedawna pozwolono jej w takowych uczestniczyć, wcześniej zabawiana przez niańki była na górnym piętrze. Była według jej rodzicieli za mała, chociaż wszystko kojarzyła o wiele prędzej niż inni. Także jej intelekt wzrastał ponad wiek.
Obecni byli także synowie i córki innych rodzin szlacheckich. Starsi i w jej wieku nawet paradowali po sali, ubranych jak dorośli, tylko może w mniej odważnych kreacjach i w mniejszych wersjach. Nieświadoma niczego wystarczy, że spojrzała na jednego z nich a on robił się dziwny jak wówczas to stwierdzała. Był...speszony? Ciężko nazwać to zjawisko, tym bardziej, że wtedy dzieci nie do końca wiedziały co to znaczy miłość. Był onieśmielony jej urodą, która wybijała się ponad urodę innych dziewcząt, która nie wiedząc czemu zaczęły na nią patrzeć spode łba, tym bardziej te starsze od niej. Wszyscy partnerzy młodych arystokratów uciekali do niej wzrokiem chociaż często i gęsto byli starsi od niej. Ale jednak jej to nie przeszkadzało, przeciwnie była dumna. Od tego czasu coraz bardziej była świadoma swojej natury wili i zaczęła ją wykorzystywać.
Minęły kolejne cztery lata. Angéle miała 10 lat. Od czasu pamiętnego balu była jeszcze piękniejsza, wyglądała na starszą niż jest co w jej przypadku nie były złą cechą. Emanowała większym seksapilem. Zniknęła już dawno urocza dziecinność, wyglądała jak młoda kobieta, ale jej słodycz, potrafiąca omamić i osłodzić każdego, który spojrzał w jej lazurowe oczy. Cukier wylewał się z niej.
Patrząc na to, że jest wilą, bardzo ciężko było jej utrzymać w ryzach naturalną, wilowatą naturę. Zdarzały się niekontrolowane wybuchy złości, ale z czasem zaczęła je kryć pod maską dumnego, chłodnego opanowania, która królowała na jej twarzy cały czas, nigdy nie ustępując innej. Była mniej przyjazna, mniej ludzka dla innych. Zaczęła się pojawiać druga strona jej charakteru, niszcząc doszczętnie tą pierwszą. Można powiedzieć, że bardziej była bezinteresowną, zakochaną w sobie, i stroniącej od pomocy dziką wilą, która mogłaby tylko uwodzić, i uwodzić by potem porzucić bez żalu i całe dnie spędzać w lasach, nad jeziorem z czego skrzętnie korzystała. W jej okolice były takie miejsce i bardzo często w nich znikała na długie godziny. Chciała żeby prawdziwa natura wil nie zatłamsiła się i nie dała pokonać ludzkim cechom. Chciała być mniej udomowioną wilą, trochę gardziła słabościami zwykłego człowieka.
Była z ojcem w ministerstwie magii. Przyszedł do pracy, był samym ministrem więc nie mógł nie iść. A tak przy okazji zabrał ze sobą córkę by pokazać jej to miejsce. A jednocześnie pochwalić się nią, że jaką ma piękną córkę. Szła przez atrium wysadzane ciemnymi kamieniami i z zaciekawieniem wpatrywała się w zielone płomienie, w których co chwila pojawiali się czarodzieje, złote posągi, fontanny i malutkie, latające samolociki, przynoszące wiadomości, jak jej potem wyjaśnił tata.
Dotarli do biura. Nie mógł dłużej się nią opiekować, był zbyt zajęty więc mogła robić co chce. A patrząc na to, że ona też miała tu duży wpływ robiono wszystko czego zażądała lub czego sama nie poprosiła. W chwile przyniesiono jej jakieś słodycze a ona sama usadowiła się w jakimś fotelu współpracownika ojca, który co minutę pytał jej czy czegoś jej nie potrzeba. Sam wyglądał jakby miał ducha wyzionąć, wachlował się plikiem kartek uśmiechając przymilnie do wili. A ona z zadowoleniem kręciła się na krześle kręcąc głową. Nic nie zapowiadało, że jej złość znajdzie swoje ujście, gdy nawet nie było żadnych wstrząsów, które mogłyby do tego doprowadzić. Do czasu, gdy do biura nie dostał się jakiś pracownik z działu, którego nazwy nie pamiętała lub mało ją to obchodziło. Zapytał z zirytowaniem dlaczego współpracownik nie pracuje, miał donieść mu jakieś raporty a on robi maślane oczy do jakieś dziewczynki, która robi co jej się żywnie podoba. Cóż, najwyraźniej nie wiedział czyją jest córką i nie wiedział też co może się stać, gdy niepotrzebne ją się zirytuje. A w tym wieku jeszcze trudno były jej poskromić wybuchy, dopiero z czasem opanowała tą umiejętność. Na nieszczęścia pracownika wkurzyła się. Zdemolowała pół gabinetu a hałas przyciągnął jej ojca, który wyglądał niemniej groźnie od jej samej. Komu się dostała nagana? Oczywiście, że nie jej, urzędnikowi, który w tempie natychmiastowym zleciał o stołek niżej. A sama wila patrzyła na to z satysfakcją na ustach.

Mając 11 lat dostała list z Beauxbatons z informacją przyjęcia do francuskiej szkoły magii na co także nikt się nie dziwił. Każdy z rodziny chodził do tej szkoły, z małymi wyjątkami. Jednak każdy kto urodził się we Francji nie szukał innej.
Jako dziecko była grzeczna i wychowana, nie sprawiająca żadnych kłopotów. To co wymagał rodzinny honor ona się podporządkowywała i była prawdziwą arystokratką jak to nazywali jej rodzice. Nie raz była chwalona innym, a oni sami byli dumni jak pawie słysząc liczne pochwały na jej temat.
Jej charakter uległ jeszcze większej metamorfozie. Jej szacunek do tradycji i honoru zwiększył się, ale zrobiły to również inne cechy. Stała się władcza i wredna, nie mająca prawie żadnych skrupułów, gdy ktoś jej zalezie za skórę. Chłodna, wyniosła i nieprzestępna. Taka była w Beauxbatons, gdzie została powitana entuzjastycznie, szczególnie ze strony męskiej. Wysłała ją tam matka, która sama tam chodziła i uważała, że tam zadbają o jej dalszy rozwój i maniery. Nigdy nie narzekała na brak adoratorów, którzy za nią chodzili wszędzie i robili wszystko co ona sobie zażyczyła ani też na koleżanki bo przyjaciółek od serca nie miała. Żadna nie była do końca godna najwyższego zaufania z jej strony chociaż prawie się paru do tego kwalifikowało.
Nie bawiła się tak bardzo chłopcami, w sensie, nie traktowała ich jak zabawek. Nie chciała jednak bawić się w stałe związki, była nie do końca ufna, wiedziała bowiem, że dzięki jej popularności i wdzięku można nią się chwalić a nie chciała być taką, która służyłaby wyłącznie do tego. W żadnym nie była do końca zakochana, można powiedzieć, że była tylko zauroczona. Ale serce, nie sługa złamało tą regułę. Poznała innego, bardziej odpowiedzialnego i traktującego ją poważnie chłopaka. Wszystko było pięknie, jak z bajki. On kupował jej kwiaty, zapraszał na romantyczne kolacje, fundował jej praktycznie wszystko co chciała. Wodziła go za nos, ale nie wiedziała, że on też nie był taki dobry. Wykorzystał ją, mówiąc wprost, tak jak podejrzewała. Wiedział, że była gwiazdą szkoły i chciał się wkupić w jej towarzystwo i jej życie. Nie była rozżalona, była wściekła. Pozbierała się w ciągu niecałego dnia, szybciej niż ktokolwiek by się spodziewał. Małe rozgoryczenia zastąpiła złość i żądza zemsty. Była słodka...Bardzo słodka, praktycznie zniszczyła go, nie umiała mu potem wybaczyć. Potem nie umiał jej spojrzeć w oczy. Ona sama przestała wierzyć, że istnieją tacy, którzy traktowali by ją jak powinni traktować, Z szacunkiem. Zaczęła zmieniać chłopców jak przysłowiowe rękawiczki, bawiła się, traktowała jaka zabawki, które potem rzucała w kąt, gdy się znudzą lub dostanie w swoje łapki lepszą i nowszą. Czy miała wyrzuty sumienia? Oczywiście, że nie, wile były pozbawione tej cechy. Nawet nie tęskniła za prawdziwą miłością, ciężko było się w niej dopatrzeć jakiś ludzkich cech.

Jej dalsze życie było przepełnione licznymi romansami i porzuceniami. Nie znała pojęcia "stały związek", najpierw w sobie rozkochiwała, dawała nadzieję by potem perfidnie porzucić i kompletnie nie znając już delikwenta. Nie znała też co to wyrzuty sumienia. Jako taka istota nie znane jej było to uczucie.
Oczywiście nie każdy miał zaszczyt pobyć z nią chociaż jeden dzień. Nie każdy był tego godny. Wybierała sobie co lepszych i przystojniejszych, lub też tych najbardziej nieustępliwych, którzy mimo swojej zaciętości rozpływali się przy niej całkowicie ulegając jej urokowi.
A co z tymi, którzy się nie nadawali. Odrzucała ich pokazując już na wstępie, że nie są dla niej odpowiedni chociaż ci cały czas łazili za nią jak psy robiąc maślane oczy. Ale to ona decydowała i odprawiała adoratorów z kwitkiem lub też dawała im tak łazić i skomleć za jej plecami. Niektórzy czuli się zawiedzeni, inni byli wprost zrozpaczeni. Ale nigdy nie była przyczyną czyjejś śmierci...
Cristiano. Zwykły, szary uczeń. Niczym się nie wyróżniał, nawet nie był przystojny. Dlatego czy miał jakiekolwiek u niej szanse? Nie, powiedziała mu nie, gdy ją poprosił o chodzenie. Próbował wkupić się w jej łaski, obdarowywał drogimi prezentami, na które nie każdy mógł sobie pozwolić. Bo jeśli chodzi o zamożność to on nie należał do tej klasy średniej. Ale była uparta, no, może dała mu leciutkie uczucie nadziei, ale nic poza tym. Po miesiącu nieudanych pasm, w czasie wakacji Cristiano zabił się w iście mugolski sposób. Powiesił się na sznurze.

Był bal bożonarodzeniowy. W Beauxbatons od dawna przygotowano się do tego wydarzenia. Dziewczyny wyciągały najlepsze suknie a chłopaki szukali partnerek. Ona sama nie mogła narzekać na brak propozycji, które docierały do niej lawinowo. Każdy chciał z nią iść, ale ona wybierała rozważnie, nie chciała iść z byle kim. W końcu wybrała chociaż nie było to proste. Nie posiadał się ze szczęścia, gdy mu to powiedziała. Reszta patrzyła na to zawiedziona, mieli nadzieję, ze szczęście im dopisze i wybierze właśnie jego. Los chciał inaczej.
Nadszedł ten dzień. Długa, perłowo szafirowa suknia opinała jej ciało podkreślając kształty. Schodziła ze schodów ku sali balowej a wzrok był skierowany właśnie na nią. To ona była postacią, na której skupiony był cały zachwyt i zazdrość. Było wiadome, ze to ona była główną atrakcją tego balu. Jej partner stał tuż u podnóża czekając na nią. Minę miał jakby dwa razy pod rząd wygrał w loterii, jakby spełniło się jego największe marzenie. Kto wie czy takiego nie miał?
Zatrzymała się przed nim czując wlepione w nią oczy innych par czekających na oficjalne rozpoczęcie. Pocałowała go w oba policzki uśmiechając się promiennie i złapała go delikatnie za podstawione ramię ustawiając się w kierunku drzwi. Inni rozmawiali, śmiali się, byli w wręcz szampańskich humorach. Jednak nikt nie wyglądał tak olśniewająco jak ona i doskonale zdawała sobie z tego sprawę.

Sala balowa wydawała się być jeszcze wytworniej urządzona niż w poprzednich latach. Królowało w niej srebro, biel i błękit, który widniał na każdym skrawku przestrzeni. Z sufitu spadał zaczarowany śnieg, który nie był materialny. Opadał nie zważając na to, ze napotykał na swojej drodze przeszkody. Zanikał dopiero, gdy dotykał ziemi. Lodowe statuy stały w całej sali, nie rozpływały się tak samo jak śnieg a nawet zdawały się same być żywe.
Elfy śpiewały i grały na instrumentach. Niemal tak samo pięknie jak ona, ale nie mogła odmówić, ze świetnie im to wychodziły. Jednak nie miały tej hipnotyzującej nuty.

Tańczyła z kolejnym chłopakiem, który najwyraźniej był zadowolony, że miał za partnerkę właśnie ją. Wykazywała to jego twarz, rozanielona, wciąż wpatrzona tylko w nią jakby świata nie widział. Zdawała się nie zauważać, że tak zachowywała się połowa męskiej części sali. Owszem, schlebiało jej to, nie każda urodziła się wilą. I nie każda zasłużyła na to. Czasami sądziła, że to jest pewnego rodzaju zadanie i trzeba po prostu umieć je wypełniać. A ona robiła to doskonale, nie powstrzymując i nie próbując zmieniać swojej natury. Nie chciała, uwielbiała taką być. Nie miałoby to sensu, wiedziała, że w tej potyczce nie wygra. Zerknęła ukradkiem na rozwścieczone panny pod ścianami lub filarami. Ten widok wywołał na jej twarzy lekki, dumny uśmiech, ale starała się nic nie pokazywać. Starała się być miła i wyniosła, wychowana tak, jak wypadało. Męczące, ale konieczne. Ktoś nie mógłby wytrzymać tej powinności chociaż mówią, że takie życie jest sielankowe i bez żadnych wad. Oni nigdy nie poznali co to znaczy arystokracja. Ale nie, bynajmniej na to nie narzekała.

Mijały kolejne utwory, a ona była przekazywana z rąk do rąk proszona przez coraz innych i na coraz dłuższy czas. Nie umiała powiedzieć ile już utworów przetańczyła ani z kim tańczyła. Chociaż każdy taniec wbrew pozorom wydawał się inny i nie dlatego bo każdy prowadził ją inaczej. Takie miała wrażenie. Właśnie to kochała w balach – to, że każdy był inny i niezapomniany, ale nie każdy to umie dostrzec.
Każdego było marzeniem zatańczyć z młodą królową tego przyjęcia. Bez protestów na wszystko się zgadzała zastanawiając się kiedy uda jej się uwolnić.
Minęła północ. Została opuszczona już przez ostatniego partnera, który dziękował jej chyba za bardzo niż kultura tego wymagała, ale odeszła prędko ze środka parkietu by zająć miejsce przy stoliku z paroma innymi pannami, które zawzięcie o czymś dyskutowały. Były to niewielkie stoliczki, porozstawiane wzdłuż całej sali, tuż przy ścianach. Większe były postawione w bardziej widocznych miejscach.. Nie dziwota, ze była dziewczyną, z którą każdy chciał chociaż jeden jedyny raz zatańczyć. Sama nie mogła sobie odmówić, ze była piękna i pożądana.
Piękna. Mało pasujące słowo. Piękne to były inne dziewczęta, które z zazdrością przyglądały się jak to inni ją prosili do tańca podczas, gdy one same okupywały filary przy bokach sali. To ona tutaj rządziła i to ona była tutaj najbardziej szanowana i chciana. Nie miała sobie równych, a podobna istota jeszcze się nie narodziła by ją pokonać. Cóż, matka natura ją hojnie obdarzyła, może nawet niezasłużenie, ale co będzie się tym przejmować?
Obserwowała innych uczniów, którzy tańczyli lub przynajmniej udawali, ze to robią. Czasami ledwo zdusiła śmiech, gdy widziała parę, która wyglądała tak, jakby słowo "taniec" było im obce.
Kolejne tańce, plotki, wymienianie uwag, strumienie wytwornych trunków, które lawirowały pomiędzy gośćmi w lekkich i delikatnych kieliszkach jeśli w ogóle w czymś były. Idealnie przezroczyste, tak jakby płyn utrzymywał się w powietrzu i chylił lekko na boki w rytm kroków. Pochwyciła szybkim ruchem z tacy przechodzącego obok kelnera i wypiła całość jednym ruchem nadgarstka. Odstawiła go z powrotem na tacę i podpierając się ręką lustrowała wzrokiem salę, przebiegając spojrzeniem po twarzach migających jej przed oczami osób. Rozwścieczone panny wciąż stały pod ścianami z założonymi rękami wypatrując kogoś do tańca na co niewielkie były szanse.
Przed jej osobą szybko zaczęła się gromadzić kolejka prosząca o chociaż jeden taniec co powitała z delikatnym uśmiechem na licu. Tak, miała spory wybór, ale partner tylko jeden. Wstała z krzesła wpatrując się w migoczące oczy chłopaków. Będzie czekała aż któryś się przemoże i sam ją złapie za rękę.
Nie musiała długo wyczekiwać. Jeden korzystając z okazji porwał ją z oblegającego tłumu. Nie znała go, nigdy nie widziała a nawet nie spodziewała się takowego tutaj pomimo tego, że większość twarzy znała z niezliczonej ilości bali, przerw i lekcji. Prowadzona delikatnie znalazła się na środku parkietu i zaczęła lawirować pomiędzy innymi z niebywałą gracją i wdziękiem, jak to zawsze robiła. Nie dziwota, ze była dziewczyną, z którą każdy chciał chociaż jeden jedyny raz zatańczyć.

Dochodziła północ, gdy wszystko się skończyło. Tłum uczniów zaczął się wylewać przez drzwi a inni nieświadomi niczego jeszcze kołysali się objęci lub nie chcieli jeszcze kończyć zabawy. Ona sama również wychodził z brunetem. Była w dobrym jak na nią nastroju, miedzy innymi dlatego, ze wyrwała jednego z największych przystojniaków w szkole. Na pożegnanie pocałowała go prosto w usta nie zważając na gwizdy i oklaski, dochodzące ze wszystkich stron. Widziała rozwścieczone lub zazdrosne miny innych dziewczyn, które oglądały tą scenę. Poczuła dumę. Jednak nie wiedziała, że jest ktoś, kto jest bardziej rozwścieczony od innych...

Był późny wieczór, dwa dni po balu bożonarodzeniowym. Połowa szkoły znajdowała się w domach, ona nie miała ochoty w tym roku do niego wracać. Lubiła spędzać je w szkole. Nienawidziła, gdy coś się wydarzy wtedy, gdy jej nie ma. Jednak nawet nie o to chodziło. Sama nie wiedziała dlaczego tak woli. Zamek miał jakąś aurę.. Kierowała się w kierunku lochów zadowolona, ze udało jej się poderwać jednego z największych przystojniaków w całej szkole. I tym razem miała zamiar go nie rzucać chyba, że będzie do tego zmuszona. Przypominała jej się wciąż sytuacja sprzed roku i tylko wypełniało ją gniewem.
I nie miała zamiaru być litościwa. Nie tolerowała zdrady i jak tylko się dowie, że chciał ja wykorzystać ze względu na to, ze jest ładna i popularna a bardziej temu będzie chodziło o pierwsze bo na drugie nie może narzekać czeka go ten sam los co Marcusa. I to może jeszcze gorszy jak wystarczająco będzie wściekła. Zemsty to jej specjalność i dzięki nim umiała się pozbyć delikwenta bez większego bólu. Nie umiałaby wybaczyć nigdy.
Nawet nie zauważyła, ze w lochach był ktoś jeszcze, ukryty w cieniu, tak by nie było widać jego twarzy. Podeszła bliżej. Ujrzała delikatnie mówiąc niezbyt ładną dziewczynę z powodzeniem mogącą startować w parodii miss jednak nic nie powiedziała. Zignorowała ją i poszła przed siebie nie chcąc nawet pytać co osoba z innego domu robi przy wejściu do jej. Jednak zatrzymała się, gdy ta zaczęła:
- Jesteś zadowolona? - zapytała ze złością
Obróciła się na pięcie z twarzą wyrażającą całkowite lekceważenie i znudzenie.
- Tak, jestem dziękuję za zainteresowanie. - uśmiechnęła się złośliwie i poszła dalej.
Dziewczyna zdawała się być całkowicie zbita z tropu. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi więc przeszła do sedna. Jej wybuch mógłby być porównany do wybuchu małej bomby. Jej głos odbijał się od zimnych ścian lochów.
- Rzucił mnie! Właśnie dzisiaj! Ze względu na ciebie! Ja go kochałam a ty się chcesz pobawić! - wycedziła z jadem
Teraz już i ona była lekko wkurzona. Znowu się obróciła, ale teraz wyraźnie na jej twarzy malowało się zimno i sarkazm.
- Jeśli ci o niego chodzi to on sam mnie wybrał i to nie moja wina więc z łaski swojej nie psuj mi tak ładnego wieczoru. A poza tym - uśmiechnęła się złowieszczo - Nie jesteś jedyną osoba, której chłopak uciekł do mnie. Powinnaś się cieszyć, ze miałaś takiego fajnego faceta - odrzekła z wyraźnym akcentem na słowo "miałaś"
Dziewczynie otworzyły się ust, nie mogąc nic wydusić. Zabrakło jej słów. Jednak po paru cichych sekundach wyciągnęła różdżkę i rzuciła zaklęcie...

Pewnie każdy teraz by pomyślał, że zaklęcie trafi w nią i koniec zabawy. Jednak wtedy musiałby nie znać mademoiselle De La Lévittoux. Szybkim ruchem odbiła promień, który trafił w bliżej nieokreślonym kierunku. Sądząc po głuchym dźwięku musiało w kogoś trafić. Nie przejęła się. Jednak dziewczyna wciąż kipiała złością, która wzmogła się patrząc na to, ze nie udało jej się zaatakować.
- Zwariowałaś? - syknęła z różdżką w pogotowiu mierząc ją morderczym wzrokiem
Jakby tylko miała możliwość trafienia jej strumieniem ognia. Jednak nie mogła sobie pozwolić. Szkoda. Za to jej oczy z łatwością zmroziłyby ją, widniały w nich ledwo zauważalne, zimne ogniki.
Nie miała zamiaru dalej kontynuować. Nie chciała zaczynać, wolała żeby cząstka winy nie była po jej stronie. Na jej twarzy rozkwitł tylko złowieszczy uśmieszek, ale wzrok wciąż mógłby zabić.
Nie zauważyła nawet, gdy do lochów przybiegła dyrektorka razem z jednym uczniem. Minę miała surową, ale nie napawała ją skruchą. Z dumnie podniesioną głową patrzyła na nią.
Cholerny prefekt.
- Co tu się dzieje? - zapytała - Robicie pojedynek? Od tego jest klub, nie korytarz! Poza tym powinnyście już dawno być w łóżku - popatrzyła na zegarek.
Zerknęła na chłopaka jakby chcąc go zatłuc za to, że poszedł do samej dyrektorki. Ale czym ona się przejmuje?
Zląkł się pod jej wzrokiem jakby mówił "Przykro mi, nie wiedziałem, że chodzi o ciebie"
- Nie pani dyrektor, ta dziewczyna - kiwnęła na nią - Sama rzuciła na mnie zaklęcie. A właściwie chciała to zrobić bo je odbiłam - w jej głosie zabrzmiała lekka nutka dumy
Kobieta podniosła brew.
- Czy to prawda, panno LaCroix?
Dziewczyna spuściła głowę nie odzywając się. Cała złość z niej odpłynęła, jakby jej nie było. Widok samej dyrektorki ja przeraził. Tym bardziej, ze było wiadomo z góry, że jest na straconej pozycji. Każdy kto z nią miał czelność zadzierać na takiej był.
Uznała to za potwierdzenie.

Poczuła radość, gdy znów zobaczyła swój dom. Tak, jakby powróciła do niego po długich latach a nie zaledwie po paru miesiącach. Jednak towarzyszyło temu dziwne uczucie czegoś nowego.
Chciała być sama. Chciała przemyśleć ostatnie 24 godziny w spokoju i zastanowić się nad tym co zostało postanowione. Jednak nie było jej to dane. Rodzice chcieli z nią to przedyskutować. Czy nikt nie umiał tego zrozumieć, że nie chce być w tej chwili z kimś?
Spłynęła po schodach, nie dotykając prawie stopni. Wciąż miała na sobie niebieskie, jedwabne szaty Beauxbatons. Nie docierało do niej, ze już nigdy ich nie założy bo zastąpią je inne.
Siedzieli na bogato zdobionym fotelu przed marmurowym kominkiem, w którym wesoło tańczyły ogniki. Matka jak zwykle nienagannie ubrana była najbliżej jej, ale ona wciąż stała na środku salonu, bez słowa czekając na ich reakcje.
- Kochanie, wiemy, że to nie twoja wina, ale naprawdę ustaliliśmy, ze tak będzie lepiej - zaczęła matka łagodnym tonem - Planowaliśmy to już od roku, ale wciąż nie wiedzieliśmy czy to nie będzie błąd. Można było powiedzieć, że teraz okazja sama się nasuwa pod rękę. Pojedziesz do Hogwartu, do Anglii. Od przyszłego roku.
Milczała. Nie chciała ukazać swoich prawdziwych uczuć. Na jej twarzy widniała chłodna, obojętna maska porcelanowej lalki, która nigdy nie miała dane już się uśmiechnąć. Tak naprawdę złość się w niej gotowała.
Skinęła głową, że zrozumiała.
- Pogadaliśmy z ojcem z dyrektorką. Możesz czuć się usatysfakcjonowana, ta dziewczyna została wyrzucona ze szkoły - kontynuowała z nieco chłodnym wyrazem twarzy. Już sobie wyobraziła jak jej matka wywierała wpływ na kobietę dopóki nie sprawiła, żeby mademoiselle LaCroix została ukarana. Kąciki jej ust lekko podniosły się do góry.
- Nauczysz się języka, poznasz inną kulturę. Dobrze ci to zrobi.
Ponownie kiwnęła głową. Nie miała zamiaru zaprzeczać lub próbować zmienić ich decyzję. Wiedziała, że już na to za późno i wszystko jest z góry załatwione.
- Trafisz tam na początku przyszłego roku. Możesz już powoli zacząć się z tym oswajać i dobrze ci radzę zacząć się uczyć angielskiego. Wątpię, ze porozumiesz się tam francuski, włoskim czy rosyjskim. A o ile wiem tego jeszcze nie próbowałaś. Cóż za nieopatrzność z naszej strony, że jeszcze nie załatwiliśmy ci lekcji. Trzeba jak najszybciej znaleźć ci nauczyciela!
Nathalie zerwała się z fotela. Pewnie pobiegła wysłać sowę. Westchnęła pod nosem. Nie lubiła Anglii, nie przepadała za tamtą pogodą. Będzie tęskniła za Beauxbatons, ale nic już nie poradzi. Popatrzyła na ojca błagalnym wzrokiem, ale ten wzruszył ramionami. No tak, mogłaby się założyć, że cały pomysł był jej mamy. Bo kogo innego?
Uznała, ze rozmowa została zakończona. Pobiegła do swojego pokoju zatrzaskując drzwi.

Ojciec odprowadzał ją na peron 9 i 3/4 razem z matką. Wszyscy a właściwie ona wzbudzała powszechne zainteresowanie swoją osobą na co wila nie zwracała zbytniej uwagi. Była już do tego przyzwyczajona w Beauxbatons. Rodzice specjalnie przyjechali do Anglii by pożegnać córkę, która będzie od nich dalej niż kiedykolwiek wcześniej. Może i było im trochę żal, ale nie pokazywali tego. Widoczna była tylko arystokratyczna duma i wyniosłość przez co niektórym mogłoby się wydawać, że jej rodzice są niezwykle surowi co nie do końca było prawdą. Ojciec szepnął.
- Na pewno jest to dobry pomysł? Sam nie wiem, mam małe wątpliwości
- Poradzę sobie. - zapewniła jego córka z lekkim uśmiechem - Nie martwcie się o mnie, jak nie było problemu we Francji, tu tym bardziej.
Chyba powinni wiedzieć co miała na myśli...
Pociąg zagwizdał sygnalizując, że lada chwila ruszy z peronu. Angéle pospiesznie pożegnała się z rodzicami i pobiegła do środka mijając grupki innych rodziców, którzy machali swoim pociechom a z szyb wychylały się roześmiane buzie i machające ręce. Ona sama usiadła w jakimś wolnym przedziale nie zaglądając już za okno wiedząc, że oboje się zdążyli teleportować z powrotem do Francji. Mieli dużo pracy, jak zwykle z resztą, ale ona była już do tego przyzwyczajona. Powoli znikali za horyzontem a słońce leniwie wciągało się po niebie by po jakimś czasie znów się chylić ku zachodowi.


Wygląd:
Obok wili nie da się przejść nawet bez zerknięcia okiem. Urody wyjątkowej, zmysłowa mademoiselle De La Lévittoux. Już od dziecka przypominała anioła. Swoimi nieskończonymi podkładami uroku umiała otumanić nawet najtwardszego mężczyznę. Rodzice An mieli w kim wybierać przyszłego męża ponieważ kolejka kandydatów nie miała końca. Teraz tak samo przypomina anielicę chociaż z powodzeniem mogłaby charakterem robić za córkę diabła.
Skóra niczym porcelanowej lalki, bez skazy, gładka i lśniąca jak księżyc. Oczy migoczą jak dwie gwiazdki, mające hipnotyzujący błysk. Hipnotyzujące, w kolorze nie do końca stałym. Odcień zmienia się w zależności od humoru wili. Raz może być błękitny jak niebo, lazurowy lub wpadający w zieleń. Okalane lasem czarnych jak węgiel rzęs. Zmysłowe usta, pełne, naturalnie jasno różowe, lub trochę ciemniejsze, zależy. Jednak każdy chciałby zatopić w nich swoje co bardzo rzadko jest łatwe. Całości tej cudownej twarzy dopełnia burza jasnych jak śnieg włosów, układających się w miękkie fale prawie do pasa.
Figura. Smukła sylwetka, z kuszącymi kształtami, które uwielbia eksponować,z wcięciem w talii. Długie, zgrabne nogi i ręce zakończone szczupłymi palcami, najczęściej pomalowanych na francuski manicure.
Ubiór? Na pewno prędzej doczekacie się zgody pomiędzy Gryffindorem a Slytherinem niż ona zacznie chodzić w szkolnych szatach. Wyrzuciła je wraz z początkiem roku szkolnego, nawet po przeróbkach stwierdziła, że nie będzie nosiła mundurka. Jej styl jest nieco wyzywający, ale pełny kobiecości i francuskiej elegancji. Zawsze na jej nogach goszczą wysokie szpilki, których ma pokaźną kolekcję. Nie zobaczycie jej w spodniach, trampkach, bluzach z kapturem, zdecydowanie to nie są rzeczy dla niej. Preferuje sukienki, krótkie i bardzo krótkie, spódniczki, bluzki, zazwyczaj mocno wydekoltowane, kurtki i kurteczki, szale...Ogólnie cały jej ubiór ma za zadanie podkreślać jej nienaganny wygląd i figurę co niekoniecznie podoba się wszystkim nauczycielom, ale cóż...często wszystko można załatwić odrobiną uroku i wrodzonych zdolności manipulacji i przekonywania. Co innego męska część, która najchętniej widziałaby ją tylko i wyłącznie w takim wydaniu.
Za taki wygląd często jest uważana za puszczalską sukę co nie jest zgodne do końca z prawdą. Jest zła, zimna, bezwzględna, ale jeszcze nigdy nie wylądowała w łóżku, bez przesady. Tej zasady się mocno trzyma i nie ma zamiaru jej łamać.
Ale niewinne romanse, czemu nie?


Charakter:
Cóż, chyba nikt do końca nie zna panny Angéle. Chociaż nie jest tajemnicą, że jest niezwykła. Nie, ona jest wyjątkowa.
Trzeba podkreślić, że jest piękna a przy tym przebiegła. Wie doskonale, że dzięki swojemu wyglądowi umie dużo zdziałać, ale także wrodzonym umiejętnościom postawienia na swoim. Nikt nie potrafi jej się sprzeciwić a biada temu kto to uczyni. Jednak nikt jeszcze tego nie próbował, szczególnie facet, bo akurat oni rozpływają się przy niej jak lód w letnim słońcu.
Jest ambitna, zazwyczaj jak postawi sobie cel, dąży do niego nawet po trupach, byle żeby go osiągnąć.
Chłodna, seksowna a przy tym chodząca zagadka. To podstawowe określenie oddające jej naturę. Jest zagadką bez rozwiązania, przynajmniej na taką wygląda. Głównie z powodu, że przed nikim się nie otwiera, nikomu nie powierza sekretów, uważa, ze bezpieczniej jest być nie do końca ufnym, wszyscy potrafią takiego człowieka wykorzystać.
Dumna. To również jest pewne. Chodzi z wysoko uniesioną głową, nigdy nie spuszcza wzroku w czubki swoich butów. Pewność siebie to jej zasada, której nigdy nie łamie. Nie masz jej? Będzie ci bez niej w życiu ciężko. Tacy wyjątkowo są podatni na wpływy. Szczególnie jej.
Ironiczna i sarkastyczna? Owszem, zawsze taka jest. To jej nieodłączny atrybut, ironia zawsze kwitnie na jej twarzy, podobnie jak wyuczona perfekcyjnie obojętność.
Arystokratka. Otaczana manierami i dobrym wychowaniem. Żyjąca w świecie wytwornych bali, sukni z gorsetami, jedwabnych rękawiczek, muzyki operowej, bogactwa, służby, dumy i zdystansowania. Od lat wychowywana w tej kulturze i nigdy nie miała żalu o to. Przeciwnie, cieszyła się z tego.
Zapalona francuzofilka. Kocha swój kraj ponad wszystko i uważa, że nic go nie zastąpi. Znajduje coś francuskiego w każdej dziedzinie życia: w książkach, winie, muzyce i naturalnie modzie. Mimo, że na co dzień nie nosi nie pogardzi stylem Marii Antoniny. Lubi obcisłe suknie z cieniutkimi paskami i perły jak i koronkowe kryzy, lekko bufiaste rękawy, jedwabne szale i pantofelki. Nawet obelgi formułuje po francusku.
Kocha być w centrum uwagi i nie musi się o to starać ponieważ zwykle gdziekolwiek się znajduje cała uwaga jest skupiona na niej.
Mściwa. Nie popuszcza zniewagi, oszustwa, nienawidzi nieszczerych ludzi lub tych, którzy zwyczajnie nadepną na jej odcisk. I lepiej się wtedy bać bo ona po prostu takich niszczy. I bez użycia bardzo skomplikowanych środków chociaż kocha intrygi, które często bywają bolesne. Jednak do tych najgorszych ucieka się tylko wtedy, gdy się naprawdę zasłuży. Można powiedzieć, że są zarezerwowane dla "najlepszych".
Jej zaufanie jest ciężej zdobyć niż obrabować najbardziej strzeżony bank. Krukonów, Gryfonów, Puchonów...zazwyczaj nimi pomiata, wyjątki są bardzo nikłe a Ślizgoni? Niektórych traktuje jak powietrze, często sądzi, że niektórzy nie są godni by być w domu węża. Jednak jeśli już komuś uda się zdobyć niemożliwe czeka wiele przywilejów i coś, co się marzy wszystkim a co jest dalsze niż gwiazdy na niebie...
Niekwestionowana królowa. Otacza się wianuszkiem adoratorów i świty, ich poddanych. Chcesz być jednym z nich? Postaraj się, jeśli coś w sobie masz. Jeśli nie...nie łudź się, że cię zauważy. Nietolerancyjna jak diabli. Nienawidzi szlam i osób półkrwi, liczą się dla niej tylko ci czystej krwi. Od dziecka miała wpajane żeby nie zadawała się z takimi ludźmi, ze oni są gorsi od innych. Więc można powiedzieć, że tą niechęć wyniosła z domu. Takich kocha obrażać jeszcze bardziej niż zwykłych przedstawicieli domów nie licząc domu węża, dla których bez znaczenia jest złośliwa. Może powiedzieć, że w tej bluzce wyglądasz jakbyś założyła na siebie szmatę woźnego lub zaserwować talerz pełen wymyślnych tekstów. A to i tak łagodne. Jak ma większą ochotę może obrzucić cie takimi obelgami, złośliwościami, że się nie pozbierasz a z nią nie da się wygrać o czym dużo osób zdążyło się przekonać.
Uwielbia imponować innym i pokazywać swoją wyższość. Nienawidzi krytyki, w końcu tak cudownej istoty nie można krytykować, prawda? To jest niemożliwe wiec wszystko to tylko głosy zazdrosnych osób, które nie mają do niczego się przyczepić. Wszelkie opinie pozwala wygłaszać tylko przyjaciołom, którzy i tak nic zwykle złego nie mówią na jej temat.
Wbrew wszelkim pozorom jest niezwykle inteligentna. Ma spore zdolności magiczne dzięki wilowatej krwi i nie rzadko dawała pokaz swoich umiejętności. Jest mocna w pojedynkach dzięki również niezwykłej gracji i lekkością ruchów co zwykle wygląda jakby nie było walką a tańcem i unikaniem promieni. Dlatego z OPCM i zaklęć ma bardzo dobre oceny. Również z zielarstwa idzie jej dobrze. Jako wila ma także zdolności zielarskie i medyczne i potrafi obchodzić się z roślinami, które reagują na nią inaczej niż na innych, są bardziej posłuszne w jej rękach. Więc proszę nie wyciągać wniosków, ze jak piękna to rozumu za grosz. Wprost przeciwnie, nienawidzi głupich laleczek, chichoczących z byle czego po kątach. To zdecydowanie nie jest jej typ.
Istna diablica w pozornym ciele zimnego anioła. Wszyscy, którzy zdążyli zasmakować i odczuć jej prawdziwy charakter na własnej skórze myśli, że nie jest człowiekiem. I poniekąd jest to prawda. Ale równie dobrze jest też uważana za samego diabła, ni krzty w niej jakichkolwiek ludzkich cech. Dawno się ich wyzbyła, gardziła słabościami, które zazwyczaj towarzyszą człowiekowi. Nie ma w niej litości, smutku, żalu, współczucia. Jest tylko zło, które coraz bardziej ją ogarnia i nie zapowiada się, by miało kiedykolwiek ustąpić lepszym cechom. Czasami ludzie myślą, że nie może być gorsza niż na co dzień to okazuje. Duży błąd. Może być gorzej, ale nigdy nie miała okazji tego okazać. Bezwzględna, lodowata, nieludzka suka.
Miłość? Czyżby żart? Nie wierzy, nie wierzy w prawdziwą miłość, przynajmniej w jej wypadku. Nie brakuje jej kandydatów, trzeba przyznać, że chodzi za nią praktycznie cała męska część szkoły, robiąca sobie wielkie nadzieje na coś co graniczy z cudem. Nigdy nie wybiera byle kogo, chociaż niektórzy dostąpili tego zaszczytu, ale...cóż, musiała szybko się ich pozbyć a na ich miejsce po jakimś czasie wskoczył kolejny kandydat, który niczym się nie różnił od poprzedniego. Przez to zaczęła sądzić, że lepsze są pięciominutowe flirty, króciutkie związki niż stała miłość. Jednego dnia udaje tobą zainteresowaną, drugiego cię nie zna. Zmienia ich jak rękawiczki. Po co patrzeć jak się zużywają jak lepiej codziennie mieć nowe? Ale może kiedyś nadejdzie ten dzień, który przełamie jej nieufność i twierdzenie, że faceci nie nadają się do prawdziwych związków...
Przyjaciele? Sama nie wie czy jakiegoś ma. A jeśli ma to jednego, zaufanego i więcej, proszę się nie łudzić, nie będzie miała. No chyba, że zdarzy się mały wyjątek i wila stworzy świętą trójcę co nawet lepiej brzmi w nazwie. Razem są w stanie rozkręcić nawet najgorszą imprezę, podręczyć biednych uczniów czy nawet po prostu pogadać. Ale kto nim jest kto będzie taki jak ona? Takich ludzi wbrew pozorom jest mało bo w końcu ona jest wyjątkowa.
"Kto dosięgnie najwyższej gwiazdy...?"


Hobby:
Praktycznie istnieją trzy rzeczy, bez których nie da się żyć. Po pierwsze wino. Uwielbia wino we wszystkich możliwych rodzajach, ale ponad wszystko francuskie, czerwone. Francuzów zna się od tego, że od najmłodszych lat przyzwyczaja się dzieci do tego alkoholu i tak również jest w jej wypadku, ale u niej przerodziło się to niemal w obsesję. Przywiozła ze sobą parę butelek i szczelnie ukryła w kufrze i zabezpieczyła zaklęciami by nikt ich nie odkrył. Może czasami też jakiś bardzo miły, domowy skrzat jej coś podrzuci...
Po drugie bale i imprezy. Nieważne czy jest to jakieś wytworne przyjęcie czy luźne w pokoju wspólnym. Panna De La Lévittoux jest znana z tego, że na każdym coś się dzieje z nią w roli głównej oczywiście więc nigdy nie jest nudno. A to wyrwie najlepszego faceta, a to kogoś zmiesza z błotem...jest na co popatrzeć.
Po trzecie wyprawy nad jezioro lub inne urokliwe miejsca. Jako wila nie umiałaby żyć bez kontaktu z naturą, z której powstała. Potrafi całymi godzinami lub nawet jeśli może to dniami przybywając w jednym miejscu i zastanawiając się nad różnymi rzeczami. Jakimi? Tylko ona to wie.
Także w czasie pełni uwielbia pląsać w blasku księżyca nad taflą wody i zwabiać śpiewem niewinnych mężczyzn by tańczyli wraz z nią dopóki nie padną z wycieńczenia.
Ach, i jeszcze czwarte. Flirty. Chyba żadna wilowata bez tego się nie obejdzie. Ona nie zna słowa "dłuższy związek" lub "wierność". To nie leży w jej naturze by być przy boku jednego mężczyzny. Bawi się nimi, traktuje ich jak pięciominutowe zabawki, które po znudzeniu się zostają rzucone w kąt. Po jakimś czasie samą wstają i proszą o coś więcej niż zwykłą zabawę. Ale czy ona przystaje na coś więcej co graniczy z cudem? Nie.
Ponadto jest jeszcze coś pewne. Tak, panna wila lubuje się w rządzeniu. Może wzięło się to od jej ojca, może od niej samej. Nie wiadomo, ale czy to ważne? Zawsze kochała być podziwiana i szanowana i mieć wiele osób w garści. Nie bez przyczyny przynajmniej jest królową męskiej części szkoły, częściowo też zapatrzonej w niej części damskiej. Teraz wiele jest na jej skinienie i każdy chciałby być w jej wybranej przez nią świcie lub przynajmniej pogrzać twarz w jej blasku.

Powrót do góry Go down
Blaise Henderson
Opiekunka Gryffindoru


Różdżka : Giętka, 7 cali, ostrokrzew, włos z głowy Wili.
Posada : Nauczycielka Zaklęc
Wygląd : Brązowe, długie włosy, przenikliwe, niebieskie oczy, zgrabna sylwetka.
Liczba postów : 125
Join date : 15/01/2011

PisanieTemat: Re: Angéle De La Lévittoux   Nie Mar 06, 2011 5:58 pm

Po pierwsze nie czytałaś regulaminu, który mówi, że pół wilą, animagiem, czy wilą można byc dopiero po napisaniu 500 postów.
Po drugie Twoja postac jest za bardzo idealna. Nie zaakceptuję karty, która mówi "Oh, jaka ta moja postac jest zua i idealna."
Popraw to, a będzie akcept, bo karta ogółem jest bardzo ładna.

_________________


Nie warto byc zadowolonym z tego,
że jest się dymem,
kiedy można byc ogniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://azure.my-goo.com
 
Angéle De La Lévittoux
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Początek :: Starocie z dawnego hoga-
Skocz do: